Bez kategorii

Wyzwania polityczne na nowe stulecie

Kiedy będziemy świętować nie nasze przecież zasługi w odzyskaniu (Wilson), utracie (Hitler-Stalin) i ponownym przyzwoleniu (7 grudnia 1988 roku Gorbaczow na forum ONZ zadeklarował prawo wszystkich państw do wolnego poszukiwania własnego ustroju społeczno-politycznego, w tym także członków Układu Warszawskiego) na odzyskanie niepodległości – a zwłaszcza, gdy już  wybrzmią świąteczne fanfary, nie siadajmy na laurach „dobrze wykonanego obowiązku patriotycznego”! Nadchodzi czas innej niż dotąd pracy dla dobra Ojczyzny.

Coraz bardziej dwubiegunowej polskiej orientacji politycznej (w której podział na „lewicę” i prawicę” stracił rację bytu na rzecz takich opozycji jak „europejskość-nacjonalizm” czy „nowoczesność-tradycja”) należy postawić bowiem pytanie: do czego dążymy? – przy czym owo „my” nie tyczy w żaden sposób demokratycznie wybieranych władz! Dotyczy nas, obywateli.

Wyborcy, tj. ta część społeczeństwa, która angażuje się w sprawy państwowe (drugiej połowie obywateli jest, jak można wnioskować, „wszystko jedno”) zapewne po raz kolejny wezmą udział w następnym „konkursie piękności”, jakim są debaty przedwyborcze; dowiedzą się z nich, jakie korzyści przyniesie im to czy inne ugrupowanie polityczne, czyli, trywializując zagadnienie, jaki produkt reklamowy powinni wybrać („lodówki Bebe kupują nawet Eskimosi!”). Tymczasem te czy inne konkrety programu politycznego (o czym przekonał się Patryk Jaki) – jakkolwiek istotne – nie mogą być oderwane od generaliów: pokazało to hasło wyborcze Trumpa „America first”. Oczywiście hasło nie zastąpi zasad generalnych – „Najpierw Polska” brzmi tak samo atrakcyjnie, ale rodzi natychmiast pytanie: jaka? I czy monopolizacja jednej racji jest tym, do czego mamy dążyć? Widzimy przecież, że „demokracja” jest zasłoną dymną do zapewnienia sobie (na jakiś czas) dominacji nad takimi – istotnymi dla społeczeństwa – obszarami dobra wspólnego, jak te związane z narodem, tradycją, podstawami moralnymi, radykalizmem poznawczym*, sprawiedliwością społeczną i poczuciem solidaryzmu.

Toteż u podstaw walki politycznej winny lec deklaracje dotyczące wskazanych wyżej obszarów: jakie zachowania obywatelskie będziemy promować, a jakie potępiać?  To z kolei prowadzi nas do konieczności  konstruowania listy odpowiedzi na te pytania i ich gradację: co jest dla nas „first”? Czy np. prawo krajowe winno mieć pierwszeństwo (jak stanowi obecna konstytucja) przed regulacjami wspólnotowymi (i czy to pierwszeństwo „rozwali”, czy też nie uczestnictwo we wspólnocie europejskiej)? – na przykładzie tym widzimy, że opozycyjne strachy („polexit’) są możliwe tylko dlatego, że obecna partia władzy takiej listy nie przygotowała, a reagując ex post traci siłę swoich argumentów.

Obywatelom należy przedstawić perspektywy pomyślności państwa oparte o jasno sformułowane zasady kardynalne – a zgodnie naszą, ukształtowaną przez wieki (a nie przez ostatnie stulecie) myślą polityczną, powstałą przecież w demo-, a nie auto-kracji – są to zasady oparte na takich filarach, jak etyka rzymsko-chrześcijańska, wolność obywatelska, tolerancja, niewszczynanie wojen, podbojów i przeciwstawianie się wszelkiej dominacji. Jeśli do tego dołożyć najnowszy do niej wkład: solidarność społeczną – można będzie łatwiej ukazać, jak obecni „internacjonaliści” („europejczycy” i inne „partie zewnętrzne”) chcą te perspektywy realizować – i w oparciu o jakie zasady.

Jasne sformułowanie takich zasad, które bez względu na bieżącą walkę wyborczą winny znaleźć się w nowej konstytucji Rzeczpospolitej – bo obecna jest niepotrzebnie rozwlekła i intencjonalnie szczegółowa – powinno być właśnie przedmiotem dyskursu politycznego; póki co jednak należało by już teraz przedstawić je wyborcom, aczkolwiek wymaga to (z konieczności – przyspieszonego) wysiłku edukacyjnego. Dzisiejsza edukacja dorosłych jest bowiem ograniczona do niedookreślonych podstaw, tworząc populację ludzi nieporadnie podporządkowanych, którzy pozwalają na to aby nimi kierować (lub raczej manipulować),  zmieniając status obywatela na status konsumenta. Nie ma w niej miejsca na owe zasady; takie pojęcia jak „wolność” są nieostre i (nomen omen)dowolnie rozumiane (wolność „do” czy „od”?), a „interes państwa” utożsamia się z interesem grup (np. pertraktacje co do władz sejmiku dolnośląskiego toczą się wokół żądania, by część podatku „miedziowego” pozostała w rękach samorządu – zatem nie trafiła np. na budowę Via Carpatii), czy nawet pojedynczych jednostek (płacę państwu MOJE podatki, a ono wydaje na cele, które mi się nie podobają).

Zasady te dość dobrze prezentuje idea republikańska, która przecież jest „politycznie obojętna” – u jej podstaw leży orientowanie się na dobro wspólne, które jednoczy, a nie dzieli członków społeczności państwa; to propaństwowe oddanie się sprawie wyższej, czyli pożytkowi wspólnemu, niestety nie jest jeszcze domeną polskiego społeczeństwa obywatelskiego.

Jeśli politycy nie chcą tego stanu zmieniać, a własną pomyślność zasadzają na utrwalaniu dychotomii „swoi-obcy” – rodzi się pytanie albo o jakąś „zmowę ponad podziałami”, albo o karygodną nieudolność. **

 

 

 

*jak pokazują badania, szczególne wyczulenie osób radykalnych na treści sprzeczne z ich poglądami jest dla społeczeństwa korzystne: gdy tylko pojawiają się stwierdzenia sprzeczne z ich sądami – zapala im się „czerwona lampka”, która zmusza do bacznego wytężenia uwagi; w przypadku, gdy stwierdzenia są zgodne z ich przekonaniami, ich czujność jest uśpiona, efektem czego jest większa liczba błędów w ocenie tych treści.

**Niestety w obu przypadkach nie możemy liczyć na wsparcie trzeciego „rządcy dusz” – Kościoła – który sprawy dbania o przyszłość naszej Ojczyzny (wbrew heroicznym czynom swoich wielkich poprzedników) zasłonił Konkordatem (będącym przecież umową międzynarodową) nie przewidującym takiej troski – za to dopuszczającym sprawowanie jurysdykcji w Rzeczpospolitej Polskiej przez legata lub innego wysłannika papieskiego: widocznie ta właśnie „jurysdykcja” doprowadziła do tego, że dochodzi w Naszym Kościele do takich pożałowania godnych aktów ze strony polskich hierarchów, jak podpisanie „porozumienia” (w dodatku w czasie żałoby po Tragedii Smoleńskiej, tak cynicznie rozgrywanej przez rząd Tuska) z Rosyjską Cerkwią Prawosławną  czy choćby ostatnio – do wypowiedzi warszawskiego kardynała (w dodatku nad grobem bł. Jerzego Popiełuszki – czyżby już tylko „Paryż” wart byłby mszy?) iż „Ojczyzna nasza jest w niebie”; trudno się oprzeć wrażeniu, że słowa Jezusa „co boskie – Bogu, co cesarskie – cesarzowi” (Mt 22, 17-22) – rozumiane od wieków alegorycznie – stały się tym sposobem nieaktualne. Aktualnie zaś mamy do czynienia z totalnym zwycięstwem wyborców o orientacji (w najlepszym wypadku) anemicznej religijnie – w siedzibach naszych biskupów. Chciało by się wołać za naszym wieszczem: O Matko Polko – źle się Syn Twój bawi! – gdyby to nie było wołanie na puszczy…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s